Klagenfurt 2013: IRONMAN DLA EKIPY RADIOWEJ AKADEMII TRIATHLONU!!!

ajronmen

Wszystko, co napiszę, będzie banalne. Mam poczucie, że żadne słowa nie oddadzą tych emocji, tych przygotowań, myśli, dialogów, tego wszystkiego, co dane nam było przeżyć w ostatnich dniach. Poprzednie miesiące były gorzej lub lepiej, precyzyjniej lub też mniej szczegółowo, poetycko bądź grafomańsko opisywane na blogu, ale kumulacja doświadczeń i przeżyć  na koniec czerwca sięgnęła zenitu. Wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia w kontekście Ironmana, wszystko już zostało powiedziane, wszystko jest takie banalne. Wiem jednak, że by wspomnienia nie przepadły i nie uleciały bezpowrotnie, warto je przelać na papier, co niniejszym czynię, podróżując pojazdem mechanicznym ze Słowenii do Wrocławia, gnieżdżąc się pomiędzy fotelikami z przepychającymi się dziećmi, będącymi – mimo wszystko – pod wrażeniem, że matka cały zeszyt zapisała…

Właśnie minęliśmy KLAGENFURT i Wörthersee  – miło było rzucić okiem na to szczególne miejsce w mojej historii…

Klagenfurt to wyjątkowo urokliwe miasteczko, turystycznie zaawansowane, którego lokalizacja u podnóża Alp i nad brzegiem turkusowego jeziora daje mu przewagę nad milionem innych miejsc na ziemi, a na pewno w Austrii. Kwitnie tu turystyka, ale kwitnie też impreza sportowa pod hasłem IRONMAN, która rozgrywa się rokrocznie od 15 lat – dziś możemy być częścią tego wydarzenia, możemy uwieńczyć ich rocznicę naszym sukcesem, co czynimy z pasją i dumą. Nam przyszło mieszkać w miasteczku nieopodal, w Krumpendorfie, połączone z Klagenfurtem ścieżką biegowo-rowerową, która stanowiła część trasy maratonu podczas IM. Miło było – wręcz sentymentalnie – przebiegać koło własnego lokum i rozpoznawać tereny. Nasi gospodarze to urzekający ludzie, robiący wszystko, by umilić nam pobyt i sprawić, by był on niezapomniany. Już przy pierwszym poznaniu zyskują całą naszą sympatię, gdy bez zawahania godzą się na rozstawienie namiotu w ogródku, oferując – w trosce o komfort wczasowiczów - noclegi w kajucie ich jachtu zacumowanego pod drzewem, jednak chłopaki decydują się na namiot.

Pośród zwykłych niezwykłych czynności niezbędnych do wykonania, by rozsądnie wystartować, podczas piątkowego objazdu trasy trener – widząc moją reakcję na temperaturę – zasiał wątpliwość w mej głowie odnośnie startu w PIANCE, dzieląc się ze mną swymi odczuciami, wskazującymi na temperaturę wody w akwenie, która może mnie – krótko mówiąc – załatwić. Przegrzanie i odwodnienie na starcie długiego wyścigu nie jest wskazane. Sobotni poranny rozruch w wodzie nie rozstrzygnął mojego dylematu, a wręcz go pogłębił. Pomysł zakupu nowej PIANKI BEZ RĘKAWÓW zaczął kiełkować w mojej głowie. Rozterka w postaci: „start bez pianki”, „start w piance”, czy może „zakup nowego akcesorium” nie miała szans na długi żywot – musiała zostać rozstrzygnięta naprawdę szybko.

Oczywista kwestia kolejnych kosztów, ale też testowania nowego sprzętu podczas kluczowego startu jawiła się jako mocno nierozsądna. W zasadzie pozostał dylemat: W [piance] czy BEZ [pianki]?

I ten dylemat targał mną pół soboty, kiedy mą głowę zaczął zaprzątać zgoła odmienny wątek w postaci IRONKIDS, w którym swój udział miał mój syn Nikodem. Robiliśmy treningi startu z wody, tata z Nikiem ćwiczyli szybkie strefy zmian [adidasy ze sznurówkami], ale też rozpracowywali elementy strategii i taktyki. Co ciekawe, sam Niko odważył się zaczerpnąć wiedzy od Mistrza, podpytując Michała o różne tajniki startowe, których zdobycie dałoby mu przewagę nad konkurentami. IRONKIDS okazał się wybitnie chaotyczną imprezą, w której organizatorzy mieli problemy z zarządzaniem niesubordynowanymi rodzicami, ignorującymi komunikaty płynące z głośników. Nie tego spodziewałam się po narodzie austriackim. Jednak już po kilku godzinach oczekiwań, przygotowań i samego startu [15 minut], Nikodem z sukcesem ukończył swój wyścig, przy czym warto wspomnieć, że startowali chłopcy trenujący triathlon od kołyski, co było najbardziej ewidentne w strefie zmian, która im zajmowała 2 sekundy.

Pakiet startowy w towarzystwie Andreasa:

Rozgrzewka:

 

Relaks:

Wyścig:

Sukces syna wielce mnie rozradował, jego osiągnięcie na mikroskalę zaowocuje w skali makro. Już w tym momencie nasz wyjazd do Klagenfurtu osiągnął swój sens!!

A z tyłu głowy rozgrywał się dramat PIANKI: będzie miała szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej czy skończy w starej szafie??

szykuje się worki do stref:

bezcenna mina, która mówi: "a co to jest?" [rower idzie do strefy zmian]

OSTATNIA NOC była bardzo krótka. Tak jak do tej pory świetnie spałam i byłam zrelaksowana, to ostatniej nocy nie mogłam spać, drzemałam z wieloma przerwami, aż do ok. 3 nad ranem, kiedy zaczęłam pomału wstawać. Zmęczenie wynikające z niewyspania trochę mnie deprymowało. Czułam, że najchętniej zaległabym na tym wygodnym łóżku i usnęła snem sprawiedliwego. Ale tu inne plany przewidziane na ten dzień… czy ja na pewno tego chcę?

Nie ma co filozofować, nie ma co koncentrować się na niepewności, TRZEBA zebrać myśli, podejść zadaniowo do wyzwania, uwzględniając wszystkie szczegóły, których w triathlonie nie brakuje [N.B. wielozadaniowość to dar niezwykle pożądany w tej dyscyplinie], trzeba w niedzielę o 4 nad ranem podekscytować się wycieczką w Alpy, na którą TAK DŁUGO czekałam!!

PIANKA jednak odegra swoją rolę w dniu dzisiejszym. Temperatura powietrza w nocy znów miała spaść do 8 stopni, co dodatkowo miało ochłodzić wodę w jeziorze, więc stawiam, że ryzyko przegrzania w pierwszej godzinie jest niewielkie.

Jesteśmy w pierwszej piątce kolejkowiczów, którzy o 4:45 ustawiają się przed kratami chroniącymi miliony euro w rowerach zgromadzonych na olbrzymim placu. Mija kilka chwil i strefa zmian przeradza się w mrowisko. Mróweczki pakują, pompują, sprawdzają gwinty i zawory. Po czym, pielgrzymi udają się tłumnie ze strefy na plażę startową. Staramy się trzymać razem z Olimpią, Michałem i Maćkiem. W trzytysięcznym tłumie zawodników i kilkukrotnie większym tłumie kibiców nietrudno się zgubić. Ten poranek jest szczególny dla wszystkich. Każdy ma ten sam CEL, jakim jest meta, każdy pokona ten sam dystans, jednak w różnym czasie, z innymi dolegliwościami,  innym nastawieniem, w innym stanie ducha. TAK RÓŻNI – I TAK PODOBNI!!

Zmierzamy na START!!

Chcę już, żeby to się zaczęło. To oczekiwanie zaczyna uwierać. Ale to tylko kilkanaście minut. Napięcie wewnątrzpiankowe rośnie, próbuję w modlitwie niesionej Stwórcy odnaleźć ukojenie. Wiem, że wielu modliło się i modli o ten dzień, wiem, że Bóg w swej suwerenności będzie to kontrolował i Jemu powierzam mój strach, moje obawy, moje słabości i w nim raduję się z tej sposobności, jaką jest mój udział w austriackim Ironmenie.

STRZAŁ!!

No to czas ruszyć do wody… WITAJ PRZYGODO!!!!

Płynę… mam drożny kanał przed sobą, mimo tysięcy w wodzie. Cud! Bóg posłał aniołów, którzy mnie eskortują.

Po dwustu, może trzystu metrach zaczyna mnie męczyć ten tłum. Nie cierpię tłumów. Co ja tutaj robię?? Nikt mnie nie zaatakował, nawet mam nadzwyczajny komfort w przestrzeni wodnej, ale zaczynam lekko świrować. Atak paniki w stopniu umiarkowanym. Jednak chcę uciec, zawrócić i uciec stąd. Ale reflektuję się w porę i ustalam nową taktykę: skrajny prawy tor, by nikt mnie nie dotknął, by nikt na mnie nie wpłynął, bym ja o nikogo nie zahaczyła. Trochę nietriathlonowa taktyka… ale co tam.

ZŁOTA ZASADA: zero draftingu, swoboda i luz. Stabilizuję swoją psychikę dość szybko, obieram skrajne prawo i płynę. Robię swoje… za moment mijamy boję – „o!! 500m za nami, fajnie”, ale czemu wszyscy skręcają w lewo??? „aha, to MUSI BYĆ trzecia boja i dystans ok. 1200 m… szybko doprawdy minęło – bardzo mnie to podbudowuje, zmierzam za tłumem w tempie turystycznym, kolejny skręt i zaczyna się pływanie na ślepego – wschodzące słońce  nie pozwala obrać dobrego kierunku, ja ciągle obijam się o ekipy organizatorów osłaniające tłumy w wodzie, by nie rozpełzły się na środek jeziora… docieram do kanału i zaczyna się istny KANAŁ!!

Walka w wodzie trwa jeden kilometra. Jednak po dotychczasowej rozgrzewce ciała i psyche nie poddaję się. Staram się wyprzedzać spowalniacze, co jest mocno karkołomnym zadaniem. Moje tempo jest szybsze od tych przede mną, lecz ich nie przeskoczę. Staram się wymijać, wychodzi różnie: kopnięcia, podtopnięcia, strzały, próby zatopienia, etc. Nie można zaliczyć tego etapu do zbytnio sympatycznego. Widzę hotel! Hurra, moja zmora psychiczna dobiega końca, nie utopiłam się, pianka odegrała swoją rolę śpiewająco! Zwycięstwo. Rzut oka na zegarek wprawia mnie w niedowierzanie. 1:07?? Nadrobiłam z 200-300 m moją złotą taktyką, płynęłam turystycznie, a tu taki czas! Szok. Miły szok. Teraz zaczyna się wyścig [czy wyścig z czasem, ze sobą, czy może z temperaturą?]

Błękitne niebo i gorące słońce nie będą mi dzisiaj sprzymierzeńcem. Wiem to. Mam jednak wobec nich swoją taktykę i nie dam im się pokonać. ROWER czas zacząć.

Licznik rowerowy szybko przestaje współpracować [co mnie kompletnie nie dziwi, a wręcz cieszy]. W sumie dobrze – widok prędkości na wyświetlaczu nie będzie mnie paraliżować na zjazdach, a przecież znaczniki odległości na trasie będą… hmmm…. takie było moje przypuszczenie… bo jednak okazało się, że znaczników nie było… całą więc trasę nie miałam pojęcia, jaki dystans pokonałam i jaki przede mną. Z objazdu trasy kojarzyłam część drogi, lecz bardzo orientacyjne miałam pojęcie o kilometrażu. Pytałam nawet po drodze konkurentów o odległość, ale nikt nie udzielił mi sensownej odpowiedzi. Z zegarka wiedziałam w przybliżeniu, że pierwsze kółko [90 km] zrobiłam w 3:05. Nieźle.

Górki i podjazdy urozmaicały trasę. Podziwiałam jezioro, zachwycałam się górami, uśmiechałam się i machałam do kibiców. Delektowałam się przygodą. Punkty odżywiania były często – uff… nie przegrzeję się!! Co więcej, woda, którą podawali, była bardzo chłodna! Jakaż ulga dla mojej głowy. Całe 180 KM się chłodziłam, obficie oblewałam zimną wodą, w czym znajdowałam prawdziwe orzeźwienie. Niestety, smak pobranego na punkcie izotonika prawie mnie zwalił z roweru. Od razu napój z Borówna przywiódł na pamięć. FU! Pobieram więc pepsi, banany, w stopniu minimalnym zmuszam się do izo. Żele, tabletki solne [SaltStick] stanowią mój prowiant. Od pierwszej godziny mocno boli mnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym, ibuprofen ma uśmierzyć ten ból, po kilku godzinach kark sztywnieje – robię różne akrobacje, by rozciągnąć mięśnie. Dwa razy schodzę z roweru do lasku, bo toalet na trasie brak.

Górki na drugiej pętli idą mi łatwiej niż na pierwszej – przewaga psychologiczna. Moja rodzina i przyjaciele stoją na podjeździe, napisy przed górką mobilizują mocno, a ich widok, a zwłaszcza dzieci krzyczących i wbiegających obok mnie na największą górkę uskrzydlają. Fakt, że są ze mną, ale też świadomość, że zaraz będzie po, dodają mocy.

 

 

Druga pętla jest inna. Zjazdy pokonuję BEZ hamowania, co na pierwszej pętli nie przechodziło. Nie mam pojęcia o mojej prędkości, więc jadę intuicyjnie. Trochę martwią mnie skurcze, które czasem wstrząsną jakąś kończyną czy korpusem podczas ćwiczeń rozciągających… a w głowie zaczynają kłębić się myśli: „jak ja w tym upale pobiegnę maraton?”, „te skurcze, sztywny kark i ból kręgosłupa złożą mnie w pół…”

Jednakże koncentracja na chłodzeniu, nawadnianiu i odżywianiu zabiera mi większość przestrzeni myślowej, nie mam czasu oddawać się negatywizmowi i podążać za powyższymi myślami, bo mam do wykonania ZADANIE ogólno-ruchowe. Elementy ćwiczenia są wykonywane w różnej kolejności, jednak starając się uwzględnić wszystkie czynności, a mianowicie: polewanie rękawków, oblewanie karku, chłodzenie nóg pod kolanami oraz ud od góry, strzał wodny z bidonu na dekolt i twarz, ale przede wszystkim na głowę. Spróbujcie takiego ćwiczenia na koordynację, równowagę i synchronizację!! Nie dość, że wymuszona jest zmiana rąk na bidonie [za pomocą zębów], to jeszcze albo z górki albo pod górkę w tym czasie. Przerzucanie bidonu z lewa na prawo i podlewanie wodą pod kolana z półobrotem w tył doprowadza do jazdy slalomem, nierzadko też do zachwiania od pionu. Polecam! Mimo wszystko: nie wywróciłam się. Było blisko.

Zjeżdżam po 180 km… poszło łatwo [pomijając pierwsze górki]… patrzę na zegarek: jest 14:30. No, to jeszcze do północy trochę mi zostało.

Żegnam się z moim rumakiem. Spisał się na medal. Żadnej gumy, żadnej kontuzji, żadnego wybryku. Poczciwy Felcik! Czas jednak na własnych nogach pokonać kawałek dystansu. Ruszam w park, trasa biegowa wytoczona po wąskich ścieżkach, mnóstwo kibiców wokół, trwa festiwal sportu. Czuję się ociężała, jednak wszystkie dolegliwości z roweru przeszły w niepamięć. Organizm się zresetował w T2 i zachowuje, jakby właśnie zaczynał swą aktywność, tyle, że to gorąco nie ekscytuje… pierwszy punkt odżywiania: znów pepsi i ten izotonik…. Ale są też prawdziwe owoce: chwytam arbuza, zużywam wiele kubków z zimną wodą na schłodzenie się i biegnę dalej. W głowie wygrywa mantra [wskazówka Trenera]: „tylko się nie zatrzymuj, biegnij non-stop”. No to biegnę:

Walczę z ogromną chęcią, by iść zamiast biec. Nie daję się. W słońcu jest nie do wytrzymania, w cieniu jest przyjemnie chłodno. Jednak trasa mocno nasłoneczniona. Na dwukierunkowych odcinkach trasy mijam się z Marcinem, Wojtkiem, Oli, Mariuszem, Krisem, Robertem, Maćkiem. Cieszę się, a wszyscy mnie wyprzedzają, gdyż tak wolno człapię, ale nie idę. Do 20 km idzie mi w miarę dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. Jednak zaczynam mieć zawroty głowy i ostre skurcze żołądka i jelit. Pepsi daje o sobie znać, a toalety nie uświadczysz. Zataczam się i zaczynam iść.

Ból na psychice, ale chęć dotarcia do mety o własnych siłach i uniknięcie karetki zwyciężają. Połowa maratonu to walka z brakiem motywacji, by biec, ze zbuntowanym żołądkiem, który wykręcił się już na drugą stronę, z zawrotami głowy, które niepokoją. Ale jest rodzina i przyjaciele, którzy wspierają, są dzieci, które angażują się do granic swojej wytrzymałości aż do mety:

Walka trwa i kończy się o 19:31. Jak miło. Meta. Wreszcie zjem coś normalnego. Marzę o ciepłej herbacie, ale pan na mecie proponuje pepsi, piwo i izotonik. „Nie, dziękuję!’

A tu filmik z mojej mety, nagrany telefonem przez przyjaciół w Polsce: http://youtu.be/vNyQrkRsMOY

Hmmmm… nie jestem sterana, nie jestem nawet mocno zmęczona [wyłączając upał], żaden mięsień mnie nie  boli, nie doprowadziłam się do granicy, jak zwykle… Za dwa miesiące mam podobny dystans przebiec w trzy dni na Ring’O’Fire. Będzie ciężko. Sam bieg i tylko bieg. Żadnego urozmaicenia w postaci roweru czy wody. Podczas tego maratonu na IM zastanawiałam się, jak ja dam radę biec przez 3 dni…

Długi dzień dobiega końca. Wycieczka w Alpy powiodła się. Udało się przed północą, kibice nie musieli tak długo czekać. Rozczarowało mnie tylko, że zwycięzca Ironman Austria nie wręcza mi medalu.

Krótkie podsumowanie IM Austria:

+ wielki plus za ZIMNĄ WODĘ na punktach

+ wielki plus za pokruszony lód na trasie biegowej [po umiejscowieniu jednej garści lodu pod czapką, drugiej pod bluzką, trzeciej w spodenkach zaczęłam mieć obawy, czy nie grozi mi hipotermia… przyjemna Arktyka!]

+ punkty odżywiania dobrze zaopatrzone

-       wielki minus za brak toalet na trasie biegowej [dosłownie kilka toytoyów na 20 km pętli..]

-       minus za nieoznakowaną trasę rowerową

-       minus za źle oznakowaną trasę biegową

-       zawód, że asfalty w Austrii są tak słabej jakości! Spodziewałam się nawierzchni gładkiej jak stół, a tu moja codzienność z podwrocławskich dróg.

-       obrzydliwe, że te zdjęcia robione przez IM tyle kosztują…

 

DZIEŃ PO

Czuję się świetnie. Dobrze spałam. Nic mnie szczególnie nie boli. Nogi trochę zmęczone – czterogłowe czują, że trochę popracowały… ale poza tym nic mi nie jest. Znów znak, że za mało z siebie dałam. Nie wysiliłam się! I to jest mój odwieczny problem: nie umiem się dostatecznie wysilić. Nad tym muszę popracować najbardziej.

W kolejnych dniach zaczynam zastanawiać się, co dalej??

 

Co dalej???

 

Dziękuję WAM za te długie miesiące wsparcia, zachęty, troski, obecności i uwagi. Do zobaczenia na szlakach rowerowych, biegowych i triathlonowych, do wspólnego startu, wspólnego treningu i wspólnej pogawędki.

Te ostatnie półtora roku to dla mnie szkoła życia i przetrwania, doktorat z logistyki i profesura z zarządzania czasem, to sięgnięcie po samą głębię, a czasem na samo dno, odkrywanie siebie fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. To przygoda sportowa, ale też interpersonalna, a nawet transcendentalna. To częste pytanie o wartości, priorytety i motywację.

Początkowo obawiałam się ogromu pracy i objętości czasowych i muszę przyznać, że dla życia rodzinnego jest to ogromnym wyzwaniem.

Dziękuję Trenerowi za opiekę, za prowadzenie, za weryfikację mnie i za wskazanie kierunku.

Dziękuję mojej Drużynie za wspólną przygodę, za przyjaźń, za wsparcie, za wiele lekcji, które od Was odebrałam, za inspiracje.

Dziękuję Radiu Wrocław za ten projekt i możliwość udziału w nim.

Dziękuję mojej rodzinie bliskiej i dalszej, wszystkim Przyjaciołom, Znajomym i Nieznajomym i przede wszystkim Bogu Wszechmocnemu, który Jest, Był i Będzie.

„Tyle wiemy o sobie,

ile nas sprawdzono”

Marek Edelman

 

Nie mam poczucia osiągnięcia Mt. Everestu, nie odkryłam nawet Ameryki, ot, jestem w procesie, jestem w drodze, jak Izraelici na pustyni zmierzając do Ziemi Obiecanej.

Dostałam swoje Dziesięć Słów, idę dalej…

 

 

 

 

 

Podziel się:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Śledzik
  • Kciuk.pl
  • Wykop
Ten wpis umieszczono w kategorii Kinga Zakrzewska i otagowano jako , , , , , , . Możesz dodać go do zakładek permalink.Komentarze i odpowiedzi (trackback) zostały zablokowane.

Komentarze (6)

  1. daga
    Opublikowano 8 lipca 2013 at 20:17 | Permalink

    KINGMAN jesteś SSSUUUUUUUUPER, GRATULUJĘ :-)

  2. Kdarek
    Opublikowano 7 lipca 2013 at 06:51 | Permalink

    Na taką relację czekałem, wielkie dzięki. Pokazałaś, że ironi to zwykli ludzie ze swoimi słabościami i rozterkami, ale z olbrzymią determinacją. Gratuluję.

    • Kinga
      Opublikowano 7 lipca 2013 at 09:58 | Permalink

      Dziękuję Darku! jesteś inspiracją dla mnie. dziękuję za kibicowanie nam ;-)

  3. Ania
    Opublikowano 6 lipca 2013 at 20:50 | Permalink

    Gratuluję po raz 101!!! Dumnam z Ciebie na maksa! Co do Twoich dalszych planów… pewnie coś hardcorowego wymyślisz… jak zwykle!

    • Kinga
      Opublikowano 7 lipca 2013 at 09:58 | Permalink

      RingOFire : może się przyłączysz??

  4. Maciek
    Opublikowano 6 lipca 2013 at 16:53 | Permalink

    Kinga, jestem dumny z Ciebie. Relację przeczytałem jednym tchem. Jesteś po prostu niezwykła. Cieszę się bardzo, że mogę Waszą rodzinę zaliczać do przyjaciół. Przed Tobą jeszcze mnóstwo pięknych przeżyć. Poza tym piszesz tak pięknie, że można się od Ciebie uczyć.
    Uściski

RADIOWA AKADEMIA TRIATHLONU NA FACEBOOKU
RADIOWĄ AKADEMIĘ TRIATHLONU WSPIERAJĄ
Spartan Centrum Treningowe Aquapark Wrocław Fizjozdrowie Garmin Iron Triathlon Radków 2013